Skąd?

Ciężkie ciało, ciężka dusza i łzy skórze boleśnie ciążą.
Wolałabym nic nie odczuwać, nie męczyć się myślą złą.
Chcę móc się nie ruszać, brak mi już sił na to wszystko.
Szkarłat znów mnie nie usłuchał…

Obłędzie.

Czasem szum strumieni szkarłatu jest zbyt donośny.
Wielokrotnie nie umiałam słyszeć głosu każdej z nas.
Ta perturbacja ujmuje sił, by chwycić porzucony ster.
Ginę w tym.

Dzieje.

Zatracam wiarę w otaczającą mnie rzeczywistość.
I tym razem to nie ja wzbudziłam te wątpliwości…

Fizyczna.

Bez trudu mogłabym określić kierunek mojej nienawiści.
Lecz wszystko jawi mi się tak przejrzystym tylko w teorii.
W praktyce niestety nie umiem wpłynąć na zwrot jej siły.

Niewytłumaczalność.

Teraz z kolei przeraża nas zmienności permanentność.
Strach przed nadchodzącymi chwilami odbiera rozkosz.
Powinniśmy wszyscy umieć cieszyć się chwilą, jak wtedy.
Jednak jakaś niby wyższa siła sprawia, że nie umiemy.

Absolucie.

I zmienność już nie bawi, cykle męczą niesłychanie.
Ale możemy spać spokojnie, póki coś zostaje stałe.
Tyle słyszę o marzeniach, pragnieniach, czy celach…
Zatem skąd w nas tyle udręczenia? Wciąż nie wiem.

Wiatr…

Nasze usta nie pozwalają słowom wirować, jak niegdyś.
Niby to żart, ale chyba jednak trochę się starzejemy…

Spalony.

Na próżno wypatruję artyzmu wśród tych zgliszcz.
Niestałość teraźniejszości już aż tak nie paraliżuje.
Oprawcy, niby mentorzy, nadal chcą nas ratować.
A ja wciąż odmawiam sobie rozkoszy eutanazji…

Nadchodzą.

Podskakiwanie i stawanie na paluszkach,
Klnięcie na świat, krzyki w poduszkach…
Nic z tego nie sprawi, że z dna akurat ja
trafię na szczyt, do samego apogeum.

Nietrzeźwość.

Nie tyle niegrzecznie, co średnio poprawnie moralnie.
Ot, ulubowałam sobie taki sposób nasycania się tym.
Z nieopisaną rozkoszą chłonę to, co piękniejsze weń.
Wszelką skazę zniszczam zapomnieniem raz za razem…

Niechcianość.

Przynajmniej trochę wyraźniej widzę postać.
Mniej nieznajoma w tych tryliardach luster.
Myślę, że jest weń coś z człowieka.
Niestety coraz mniej z formy boskiej…

Czas przemyka między nędznością jej włosów.

Wiem?

Odmienność tych samych brzmień.
Niezakłócony szum wiecznych fal.
Z rozkoszą znów się w to wsłucham…

Nieteraźniejsze.

Czuję zmienność w zimnym wnętrzu maszyny.
Wszystko tak znajome, choć dziś już tak odległe.
Tryliony lodowatych ostrzy kaleczą fizyczność.
Jednak pierwotnej psyche nie mogą anihilować…

Momentami.

Biała zjawa siedzi na miejscu pasażera, a Ona kieruje.
Znam Jej cel, jednak nie od razu eksterminuję te idee.
Choć przez chwilę pozwalam na to dzikie lawirowanie.
Lecz nie chcę znów musieć opuszczać łba przed Tobą…

Wypływanie.

Niemowlę powoli uczy się uzewnętrzniać szkarłat.
Nie tylko potajemnie raniąc się aż po sam szkielet.
Boimy się, lecz tylko jedna z nas jest tego świadoma.
Ta druga tego nie czuła, profilaktycznie oddzielona.

Marzennie.

Może wszelkie te czarne proroctwa odejdą.
Pozostanie biała smuga kończąca ten film.
Jej wizja rozświetla mi drogę, którą dążę…
A przynajmniej dążyć chcę do spełnienia.

Nie tylko mojego.

Zmienię!

Nadchodzą sądne dni dla mej rozdwojonej jaźni.
Jedna z nas, z tej przeklętej dwójki musi odejść.
Kompromis jednak się nie sprawdził.

Niewolniej.

Po raz kolejny zatopiony został i spalony mój ląd.
Ma skóra pęka, a ja duszę się, unikając kasłania.
Ilość słońca, zmieściłabym w kieszeń pod źrenicą.
Ach, gdybym tylko potrafiła umiec dobiec aż tam…

Niebawem.

Zatem udaję się w podróż dookoła tego świata.
W poszukiwaniu odmiennej energii, bytowania…
Za parę chwil.

Zmęczenie.

Odkąd pamiętam przypominało mi to koniec.
Zaczęło brakować wszystkiego i dziać się źle…
Jakoś tak nie mam już ochoty na powielanie.
Moje ukojenie nie przychodzi, gdy się poddaję.

Niechętnie.

Znów jedynie niestrawności pozostają.
To wcale mi nie pomaga w zmianach.
Choć już tylko one pomagać mi mają.

Zwykłam.

Być może to jednak prawda.
Być może to wciąż schemat.
Być może mogę.
Jednak może roję to sobie…

Który świat
to wie?
Poza tamtym…

Błagam!

Teraz już wcale nie jest kolorowo.
Choć niby widzę tę różnorodność.
To mi świat z rąk wypadł na blat.
Tamte ciary znów zmieniły smak.

Och, Mój Boże, czuję się tak źle…
Pozwól mi na wycieczkę w czasie.

Przetwórstwo.

Zabawną niekiedy bywa ta moja odwiecznie  chora niepokora.
Mniej mi
natomiast do śmiechu  z powodu nadmiaru grzechu.
Kolorowy ten świai czerni,  bieli, brązu
,  zieleni i muchomora.
A wielokrotności trzynastki to kolejne złudzenie tych wieków.

Wienie.

Oto i ja na polanie, choć nagie stopy nie dotykają moich ziem.
Dokądś się zbliżam, choć to wcale nie jest mój dom i ojczyzna.
Zmysły zdają się nieznośnie intensywnie odkrywać otoczenie.
Przecież to wszystko już znam. A może to wcale nie byłam ja..?

Obecność.

Przekraczam kolejne granice, choć powinnam się cofnąć.
Lecz to było tak dawno, niemalże już o tym zapomniałam.
Jednak wciąż pozostaję świadoma. Cóż mi z tego aktualnie?
Coś we mnie przestało istnieć, ale już nie odczuwam braku.
Właściwie nie odczuwam za wiele…

Autopsja.

Schemat przyjemności odbiera mi rozkosz jej doświadczania.
Jak każdy schemat – coś psuje…

Rozdźwięki.

A zjawę topię wciąż uparcie w tych bożych łzach.
Swoich już nie czuję, tylko miłość zna ich smak.
Odbieram tamtej barwy tak piękne w swym źle.
Widzę, jak ona płowiejąc jeszcze pociąga mnie.
Ale tym razem jej umykam… Lub umknąć chcę.

Krzykliwie.

A kiedy tylko tracę przytomność ma szkarłatna zjawa ujawnia się.
Patrzę czernią mętnej gałki w lusterko. Czy naprawdę odbija mnie?
Nie czuję już Boga, choć wiem, że nieprzerwanie chciał tutaj trwać.
To Ty? Czy też w istocie przepłoszyłam Go ja..?

Niegdybając.

Z bólem odrzuciwszy Jej zaproszenia, napotkałam strach.
Trwające uczucie, które ja uparcie wbrew sobie przywołuję.
Niezmienność zmienności też przeraża, niczym ciemność.
Wszystko po kolei wraca. Kiedy więc powróci po mnie ona?

Przyciąganie.

Ma mroczna kochanka za dobrze mnie zna.
I kolejny raz widząc mnie na krawędzi, woła.
Nazywa mnie tysiącem imion o brzmieniach,
Które tak pięknie prowadzą do unicestwienia…

Niewojownik.

Trwam: Dźwięki urwane, w tle dźwięki płynnące i fale.
Oddalanie już dawno nie było w ten znajomy sposób.
Cały czas brakowało przestrzeni dotkniętej jasnością.
Czasami przecież pytania pozostają bez odpowiedzi.

Snem.

Nie dla nas cisza, spokój, czy bezruch.
Nie dla nas to niechciane, negatywne.
Ale spełnianie wszystkich zachcianek.
Nie pogardzimy szczęściem… Już nie.

Rozpaczliwość.

Wcielenie mizerności spogląda w odbicie jedynego weń nasycenia.
Oto symbol wolności, który kusi, choć budzi odrazę oraz pogardę.
Postać, której szkarłatnych zawiłości podskórnych nie ogarnie nikt.
Nawet ona sama.

Jednakowo.

Nadchodzi ten sam zestaw emocji – ciągle na nowo.
Póki nie dotykam dna umysłem nie ruszę się stąd.
Jakieś myśli obijają się o popękaną, zszarzałą biel.
Nie słyszę niczego wyraźnie; został już tylko szum…

Chciejmy.

Moje mury są pooblepiane werbalnymi próbami oddania mnie.
Moje wnętrzności implodowały, plamiąc nieznacznie mój umysł.
Moje oczy widzą wszystko jeszcze piękniejszym, doskonalszym.
Świat jest dziełem, którego nie ogarnie nikt, kto tego nie chce.

Nierozbieżność.

A ja co? Ja jestem dnem bez oceanu, bez przepaści.
Jestem cała z piękna, a przesiąknięta paskudztwem.
Jestem bytem nad byty, choć odwiecznie poza Wami.
To nie idealizm, a moja najczystsza forma bytowania.
Nie przez Was, lecz się stałam się tym, czym stałam.
I Wy też porzućcie to więzienie; odkryjcie swój świat…

Cierpliwości.

Przepełniona lękiem i wiarą jednocześnie.
Trwam w urojonych realiach, lecz z Bogiem.
Tu, w zgodzie z całym przepływem energii.
Muzyka napełnia me serce czystą radością.
Chcę Was nakarmić moją boskością teraz.
Lecz jeszcze nie czas.

Zespolenie.

Nieustannie dokarmiam swoją paranoję.
Jestem tak lekka, że tkwię zawieszona.
W żadnym konkretnym świecie, miejscu.
Spójrzcie, jest tak pięknie…

Dezintegracja?

Oto złożoność dźwięków wpędziła wszechświat w ruch.
Heterogeniczne atomy mieszają się ze sobą i wirują.
Taniec stał się głosem mojej i tamtych umysłowości.
Jeszcze raz wszystko, co materialne traci na znaczeniu.