Punkt

By spojrzeć z innej perspektywy wystarczy zmienić stan świadomości,
Wyrywając się z jednego punktu torujesz sobie drogę ku wolności,
Wreszcie stajesz się wolny od nadmiernej trzeźwości opatrzności;
Możesz się otworzyć i rozprostować kości swej umysłowości…

Niezintegrowana

Rozdarta pomiędzy dobrą i złą nowiną,
Rozerwana między tą, a tamtą chwilą.
Niepokorna, niestabilna, niedojrzała;
Raz na stos z nią, a raz jej chwała.
Myśli, emocje nieznośnie sępiące uwagi
Dręczą, męczą i ujmują jej życiu magii.
To tylko milisekunda, jedna krótka chwila
I już umysł ciemna, błędna złość spowija.
Z podium na dno, z piekła wprost do nieba,
Bezwzględnie nią miota, odpocząć nie da…
Tylko jedno najprostsze stałe pragnienie,
By w końcu bezwzględnie móc pogodzić siebie i… siebie.

Bezkres wszechrzeczy

Powierzchnia naszych oczu tworzy granicę
Pomiędzy formą, a całą treścią,
pomiędzy mną, a tym, co widzę.
Pomiędzy całością i jej częścią.
Ale cała struktura granicy to mit,
Granica nie istnieje, jest wszechbyt.
Zmysły, narzędzie poznawcze to my,
A my to tylko składnik kosmicznej zupy;
Nasze cząstki w niej pływają,
Bezkarnie się lokacją zamieniają.

Nie jesteś tym, czym jesteś,
To nie jest czymś innym, niż Ty,
Wszystko jest wszystkim i wszędzie,
Stanowimy Wszechświadomość, nie osobny byt.

Dedukujemy.

„Miniatury genialnych umysłów plączą nić porozumienia.
Brak mi już na to sił, dociekam częściej od niechcenia.
Nieraz próbowałam odkształcać swoją własną percepcję.
To nie działa: ktoś mądrzejszy zawsze ma obiekcje…”

„” – treści dotychczas utajone

Wspólnota.

„Zamykam oczy na chwilę, szukając azylu.
Blask niebieskiego złota paraliżuje mnie.
Zmysły nie odbierają bodźców, coś mylą.
Tyle znaczy, żeśmy powstali z innych ziem?

Dopóki zagłada przyczynia się do nowego ładu…
To przepaść sprawia, że możemy być całością.”

Nadejście

Wraz z przybyłym zmierzchem
Wpływamy do pomieszczeń
Wibruje w płucach powietrze,
Wibrują w okół powierzchnie,
Drżymy my i chcę jeszcze!
Ile emocji i dymu pomieszczę,
Ile zmieszczę westchnień,
W ilu chwilach się streszczę,
Jak długo potrwają dreszcze…
Jestem tu i Ty tu jesteś
I wciąż chcemy jeszcze!
Idź, powiedz to reszcie,
Bądźmy! Mamy okazję wreszcie.

Miliony trosk i miliony zmęczeń –
Zapomniane! Oddaliśmy się potędze.
Każda negatywna emocja już znika…
Każdy nasz błąd wybacza nam muzyka.

W sobie

Masochizm to nie jest żadna forma odkupienia,
Cóż za pech, rzekłoby się od niechcenia.
Żal, smutek, strach o przyszłość, ból wspomnienia,
Emocjonalne upośledzenie, to wszystko nic nie zmienia,
Nawet litość i wymuszona odrobina zrozumienia…
Nic nie pohamuje Waszego pragnienia mojego unicestwienia.
Rozumiem, bo to nie jest coś możliwego do zapomnienia,
Doskonale o tym wiem, jednak nie spełnię Waszego życzenia.

Wszystko się zmienia, choć chcemy stałości,
Nienawidzimy, choć pragniemy czułości,
Chcemy dużo radości, a otwieramy głowę dla złości…
Przecież nie osiągniemy spokoju, dopóki nie odnajdziemy miłości.

To ważne dla Was, którzy tu kiedyś byliście,
Oraz dla wszystkich moich przyszłych gości.

Ukołysanka na wybudzenie

Zaśpiewamy kiedyś kołysankę, która ukołysze cały świat do snu,
Która trzeźwość szaleńców uśpi, kładąc ich do naszych stóp.
Po bardzo ciężkiej, złej podróży ukoi ich znój i ból…
A gdy zniknie forma, zamieni się w przestrzeni pół,
Drugą połowę odnajdą wśród zieleni ostatnich pól,
Przestrzeń wreszcie ich wybudzi, wleje mądrość do ich głów,
I nikt nigdy więcej o przyszłość nie zadrży już.

To wszystko nadejdzie, koniec snu na jawie jest tuż, tuż…
Tylko nie znamy jeszcze odpowiedniej dla wszystkich melodii i słów.

Balans.

Moją linę życia spala to niezdarne stąpanie.
Oto poniżej jest loża szyderców i gapiów ślepy tłum.
Odkąd wyruszyłam słyszę stamtąd nawoływanie.
Prędzej spłonę sama, niż oddam się waszemu dnu.

 

-4.11.2013-

PodziękowaNIE!

Przemykam wśród szarości, jak pies ze smyczą w zębach.
Tworzę iluzję własnej wolności.
Na wietrze zanikam jako jednostka, niczym popiół i żar.
Tworzyłam iluzję swej indywidualności.
Jestem ofiarą eksperymentów czynników zewnętrznych.
A to i tak JA stworzyłam tego szaleńca.
Obce usta wypowiadają słowa, ale to ja czuję się winna.
Zawsze byłam winna.
Fizycznie ból zawsze jest tym samym znajomym odczuciem.
To psychika nadaje mu głębszy wymiar.

Ja jestem Panią swojego losu.
Jednak bez Waszej ingerencji w proces mojego rozwoju -
Nigdy nie wymyśliłabym tylu pomysłów na samozagładę.

Zdrowie!

Poezja gestów zbiera wilgotny aplauz.
Misterne sieci rozkoszy porywają nas.
Emerytowani buntownicy opadają z sił.
Zapalmy za nich, za nas, za czar wił…

Niestraszne.

Różnobarwne kształty, niby wtopione w nicość,
Wyczuwalne zbliżanie się kresu wszechrzeczy,
Pamiętam. Lęk osiągał apogeum, ustępował.
Całą świadomość porywał bezmyślny spokój.
Powolne umieranie z cichnącym przyzwoleniem.

Końców.

Topnieje plastyk na plastykowym słońcu.
Przytłaczają nas wzajemne oddziaływania.
Ciężar poprawnych myśli nas przeraża.
Okażemy się materiałem wybuchowym…
Koniec.

Wyrzutnia.

Boska nienawiść i szatańska miłość -
Oto psychomachii rozkosz dla masochistów.
Jak sen na łożu z różanych łodyg – ukoi,
Gdy histaminę nam uwolni nakrycie z płatków.

Promieniotwórczość.

Kolejna frakcja nie sprzyja interferencji.
Strumyczki górskie i nizinne potoki…
Uginają się, tracą siły, padają w okół.
Podczas takiej podróży przeżywają męki.
Użyźniają kosmos… Ale po co?
Nic nie jest stałe bez pracy sił zewnętrznych.
I z tą łzą w oku.

Zaciskanie.

Słony potop wyżera mi oblicze.
Kolejny cios przecina ciszę.
Już nie będę, już nie krzyczę…
I te oczy bym sobie wydarła,
by móc tak prawdziwie milczeć.

Upadek.

Rośnie ilość pojęć opartych na złudzeniach.
I kolejne światy budowane są na urojeniach.
Padają jedne mury; wznoszone są kolejne…
Oto kwiat pokoju, podlewany łzami, więdnie.

Nosimy rewolucję w sercach.
Chore łby chcą zapomnieć,
ale świadomość zwycięża.

Stan.

Wnętrzności wznoszą larum, stawiają ultimatum.
Rozsądek wyje wniebogłosy, sumienie panikuje.
Do walki rwą się wrogie wojska jednego szkarłatu.
Trwa wojna domowa. Śmierć po okolicy się snuje.
Trwa gra.

Niezróżnicowani.

Mój lek na czucie się, brązowa ciecz usuwa lęki.
Plastykowym ogrodem chadzam od niechcenia.
Źródło pola grawitacyjnego pociąga me rzęsy.
Bawi mnie świat zza krat urojonego więzienia.

Błazen umiejętnie żongluje emocjami.
Na nieszczęście panią to już nie bawi…
On rozdziera jej szaty; pragnie mamić.
Jego żrąca miłość nieśpiesznie ją trawi.

Tak między nami: nie słuchaj słów, definiowanych głupca skojarzeniami.

Obalenie.

Przesuwamy te kresy, zmieniając wymiary tak chętnie.
Przyciągasz bliżej, powoli unosząc mi trzecią powiekę.
Pod Twym zwierzchnictwem zwiedzam świat
(Wszech).
Obserwujemy oczarowani, jak rozrasta się przed nami.

Podświadomości.

Między korzeniami tej wieży mogłabym rozbić obóz.
Ale ja uparcie na jej wyniszczenie szukam dowodów.
Ludzie bez głów zarządzają szkarłatną metropolią.
Oto ja wpadłam w tej ich chorej planety samo jądro…

Wyrak.

Cały romantyzm istnienia, jako część Twego serca
umiera, gdy w odbiciu dostrzegam tylko pasożyta.
Nie pytam, czy powinnam w to wierzyć, lecz strach
uwielbia w snach truć tym obrazem mój szkarłat…

Szklanka.

Poniewieram wszystkie chore wyobrażenia.
Wyzbywam się materialności bezwstydnie.
O ile tylko przyszłoby mi o tym decydować:
Mogłabym być po wieczność kryształem…

Niedomówienie.

Teoria nigdy mnie nie satysfakcjonowała.
Rozkoszniej jest paść tym swe zmysły.
Umieramy na codzienność, na istnienie.
Absurd; Wszechświat jest wyobrażeniem.

Ognia!

Za garść popiołu oddaję się.
Sprzedaję twarz, dzielę cień.
Afirmuję feniksa, by istnieć.
Cała w płomieniach krzyczę.
Kocham śmierć nad życie..!

Błogosławieństwo.

Oczy lśnią, zmoczone konfrontacją z rzeczywistością.
Synapsy spalają się żywym ogniem ekspresji emocji.
Noc rozjaśnia się rozszczepioną w pryzmacie barwą.
Oto jedność staje się wszystkim, a wszystko jednym.

Kochamy miłować.

Nienaumyślnie.

Obawiam się o kontrukcję mojej twierdzy.
Przez kolejne szklane mury
się przedziera;
Zadymiony wizerunek destruktywnej siły.
Chciałaby tworzyć, lecz stabilność odbiera.

Nie wiedzą głupcy, ile zła dobrem czynią.
I ile w ich dobru bywa zła. Ale mnie oto
Okrzyknięto zła symbolem, nawet winią,
Że złem niszczę dobro… A ja wcale nie!
Przyrzekam na Absolut – ja je tylko chronię.

Niszczyciele.

Śmieje się w głos każdy jeden punkt.
Śmieje się w głos ich ogół, wszystko.
Zabawnie kołysze się anturaż wokół.
Jedno, co pociesza: koniec już blisko.

Lepiszcza!

Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Podobno mogę osiągnąć wszystko moją świadomością.
Podobno jednak nie potrafię żyć, trzymać się w pionie.
Jak mam dojść do konsensusu między moimi jaźniami?

Czeluścią.

Fraktale sprawiają, że szkarłat odpływa w chwilowe zapomnienie.
Jednakże piekło lubi wracać, tak, jak historia lubi się powtarzać.
Bądźże błogosławion, któryś wstawił się za moją niefizyczność…
Przepraszam za wszystko. Znów upadam zdecydowanie za nisko.

Omamienie.

Przestrogi podstarzałych dusz zatraciły kontakt z rozsądkiem.
Tyle śmierci w jednej umysłowości nie widział nikt przedtem.
Mogłabym być Waszym zbawicielem, gdyby nie ta moralność.
Skazaaszych czasów to krótkoterminowa odpowiedzialność…

Zabijacie się w imię zasad.
Umieracie w imię pokuty.
Niszczycie grunt, na którym ja sama
zasadziłam owoców zakazanych sad.

Żegnajże.

Obcymi dłońmi zabiłam samą siebie.
Znęcam się nad zwłokami zwierzęcia.
Wciągam zgliszcza Wszechświata.
Aplikuję, trawię, wydalam Wasze wizje…

Nietrzeźwo.

Gorycz łączy się ze słodkimi pozostałościami.
Dzień zlewa się z nocą, herbata z drzewami.
Zalewam świat potokami słów, samej tonąc.
Milczy albo krzyczy mój świat, jestem głucha.

Takijest!

Przedmioty w okół są statyczne, chociaż w ruchu.
Ja poruszam siebie, jednak dusza stoi w miejscu.
Cała niebiańska powłoka jest [miejsce] stałością.
Tylko myśli, tylko fale przepływają między nami.

Czopek.

Przychodzi do mnie czarna postać, lśniąca szkarłatem.
Zbiegi okoliczności mogą być wyśnionymi sytuacjami.
Ja to wiem, choć nigdy mi tego nie powiedziała wprost.
Wszystko, co się dzieje – dzieje się z woli jednego z nas…

Intelektu nam brak i przezorności jakiejś.
Pozostaniemy tym, kim chcielibyśmy.
Lub też tymi, których się tak lękaliśmy…

Unicestwienie.

Nadchodzą czasy, gdy wszystko jest niedokończonym krzykiem.
Gdy rzeczywistość jest zbyt oczywista, by mieć doń cierpliwość.
Chciałoby całe swoje indywiduum skulić w kulkę, rzucić daleko.
Patrzeć jak zanika w nas człowiek, który zdawał być się stałym… 

Życie w ruchu to dopiero forma bytowania!

Wobec tego ja preferuję bieg z przeszkodami.
Odrobinę wyścigu z czasem i brutalne walki.
Mój udział w tym turnieju nie dobiega końca.

Choć, nie powiem, dziwnie jest żyć nastawiając się na rychłą śmierć.
Niezwykłość dziwności jednak dorównuje nasyceniu perfekcyjności.
Czyż nie tak powinno być? Memento Mori, Bracie, Siostro i Ukochany.


Głupiśmy, że chcemy zdychać już i natychmiast.
Pamiętać o tym, lecz nasycić się materialnością. 
Oto sztuka!

Szpital.

Da się żyć, mimo choroby.
Da się też radować chwilą.
Ale za ciężko pojąć fakty.
Sprzeciwianie się tak boli.
Wojna musi dobiec końca.

Ostatnie rozsądne głowy zdychają.
Wszyscy jesteśmy od tego chorzy.
A rehabilitantów wciąż tak mało…

Psychomachia.

Tylko te wewnętrzne boje nie dają mi zasnąć.
Rycerze w zbrojach i zaklinacze, smoki i lwy.
Realne światy nie znajdują miejsca w okolicy.
Wszyscy wkrótce wylądujemy w fikcyjności.
Będziemy tonąć w potokach bezładnych słów.
Tyle zostanie z marzeń o szczęściu i życiu…

A ja? Jestem tu jeszcze przez chwilę.
Możesz mnie dotykać i doświadczać.
Ale jutro zniknę w wyobrażeniach…
Skryję się głęboko w surrealizmie.
Wasze chore głowy pojmą paranoję.

Jeszcze nie czas na rozstrzygnięcie bitwy.
Póki ostatni szkarłatni wojownicy krzyczą.

Uciech.

Czerwone krwinki chcą się cieszyć.
Metafizyka okazuje się biznesem.
Wcale nie złym.
Wbrew temu, co rzekł autor książki.

Rewolucji!

Przy płonącym stole trwa zaciekła walka osobowości.
Debatują nad ustawodawstwem w państwie szkarłatu.
Anarchia ogarnęła ojczyznę moich własnych myśli…
Jednak nie czas zlecać egzekucję królewskiemu katu.

Zdawało.

W tym świecie jednak nie wszystko jest na swym właściwym miejscu.
Tylko muzyka raczy się wkradać tam, gdzie zbyt długo jej brakowało.
Znów muszę odszukiwa c zapomniany szkarłat w lustrzanym odbiciu.

Skąd?

Ciężkie ciało, ciężka dusza i łzy skórze boleśnie ciążą.
Wolałabym nic nie odczuwać, nie męczyć się myślą złą.
Chcę móc się nie ruszać, brak mi już sił na to wszystko.
Szkarłat znów mnie nie usłuchał…

Obłędzie.

Czasem szum strumieni szkarłatu jest zbyt donośny.
Wielokrotnie nie umiałam słyszeć głosu każdej z nas.
Ta perturbacja ujmuje sił, by chwycić porzucony ster.
Ginę w tym.